La poésie d’Anna Frajlich

par : A-C Carls

Biobibliographie et présentation par Alice-Catherine Carls

 

Anna Frajlich est née en 1942 à Katta Taldyk, en Kirghizie soviétique. Depuis 1970 elle vit à New York. Elle est poète, critique littéraire et conférencière, et elle enseigne les langues et littératures slaves à Columbia University (New York). Elle a publié douze recueils poétiques, dont Aby wiatr namalować [Peindre le vent] (1976), Tylko ziemia [Rien que la terre] (1979), Indian Summer [L’été indien] (1982), Który las [Quelle forêt] (1986), Between Dawn and the Wind [Entre l’aube et le vent] (1991), Ogrodem i ogrodzeniem [Le jardin et la clôture] (1993), Jeszcze w drodze [Toujours en chemin] (1994), W słońcu listopada [Au soleil de novembre] (2000), Znów szuka mnie wiatr [Le vent, à nouveau me cherche] (2001), et Łodzią jest i jest przystanią [Une barque et une station] (2013). Elle a été traduite en anglais, russe, français, roumain, ukrainien,et allemand. Longtemps interdite de publication en Pologne, ses poèmes ont paru dans de nombreuses revues et anthologies internationales. Depuis 2008, elle est Ambassadrice honoraire de la ville de Szczecin. Elle a reçu de nombreuses récompenses et prix littéraires, dont le Prix de la Fondation Kocielski en 1981 et le Prix de la Fondation Turzański en 2003. Elle est Chevalier de l’Ordre du Mérite depuis 2002.

 

La relation d’Anna Frajlich à l’espace, à la géographie, et au voyage, représente un aspect central de son oeuvre. Née au Kirghizistan en 1942 de parents galiciens, elle vécut sa petite enfance dans le dénuement total, ainsi que le rapporte l’historienne russe Olga Medvedova-Nathoo qui a retrouvé les documents soviétiques relatifs à la famille Frajlich. Sa survie tient du miracle. Puis elle grandit à Szczecin, où les autorités polonaises avaient rapatrié en 1945 les Polonais des confins. Après des études de lettres polonaises à Varsovie, elle dut quitter la Pologne lors de la campagne anti-sioniste de 1968-1969 avec son mari et son fils, qui venait de naître. Depuis, sa poésie ne cesse de poursuivre les thèmes du déracinement et du retour. Ces voyages réels et métaphoriques, voyages virtuels et dans le souvenir, ont des dimensions multiples et créent des réseaux autour desquels se tissent sa vie et sa poésie. Le voyage, c’est d’abord et surtout la conscience aiguisée de l’ici et du maintenant, et de son paradoxe de présence / absence. L’importance de l’instant vécu se relativise par l’apport du passé. Ainsi se croisent à  Torbole la lettre de Goethe du 12 septembre 1786, le vers le Virgile décrivant le lac, et le poème écrit par Anna Frajlich le 2 mai 2003. Ainsi, lors de sa visite à la salle des enfants de Yad Vashem, évoque-t-elle le souvenir de ses cousins anéantis dans la Shoah. Les disparus ont une « légéreté du non- être » poignante, ils existent dans une voix, une ombre, un écho ; cette trace en filigrane communique sa discrète présence, sa grave légéreté au moment présent et donne une dimension collective à l’expérience individuelle. Cette démarche permet à Anna Frajlich non seulement de remplir son devoir de mémoire, mais de recréer une communauté décimée par la Shoah. Communauté de lieu, de sang, et de cultures, communauté ouverte à la communion avec toutes les ethnicités, toutes les religions, et toutes les époques. Ainsi Anna Frajlich est-elle avant tout interprète au sens le plus large et le plus métaphysique. Echo d’absence, sa poésie intimiste rend l’éphémère poignant et engage le lecteur à ne négliger aucun mot, rythme, rime, ou ton, de cette poésie si fine et si légère. Ainsi le court épigramme, « Je n’ai pas le temps » nous fait-il réfléchir : « Les ours n’ont /où aller / on leur a pris forêts, taillis, ruches / les vautours tournoient sur les fumiers / les ours rôdent autour d’eux /. . . / occupée de mon fumier / je n’ai pas non plus le temps / de chercher la forêt. »

 

L’enracinement est essentiel, existentiel. Il témoigne de la vie qui reprend ses droits. L’enracinement dans les villes, notamment New York, permet de bâtir une nouvelle identité, mais il n’efface ni la nostalgie des lieux perdus, ni leur souvenir; il devient allégeance multiple. Les villes et les lieux ne sont pas limités à l’architecture des pierres, mais s’étendent à l’architecture humaine: moments partagés, vignettes, scènes quotidiennes entrevues, odeurs, saveurs et couleurs, dressent, entrelacées avec des visions du passé, un tableau vivant, chatoyant, qui permet à Anna Frajlich de se trouver malgré l’exil, de bâtir un ordre de vie nouveau dans lequel se côtoient humour et souffrance, beauté et cruauté, avec un rien de surréalisme. Ainsi New York, ville d’ancrage, ville aimée, mystique, crucifiée comme ses ponts, ville souffrante et convalescente, devient-elle la ville du départ et du retour, « barque et station» qui vogue au gré des sentiments et de la mémoire. Ainsi la Californie disparaît-elle des cartes après la mort d’une personne amie qui y habitait. Les lieux deviennent eux aussi des endroits fabuleux, des réseaux qui relient deux continents et autour desquels se dessinent les deux époques de la vie d’Anna Frajlich. Sur ces réseaux figurent les lieux et non-lieux de l’exil, le paradis perdu, l’Arcadie originelle, et les étapes d’une quête continuelle entre l’ancien et le nouveau.

 

Les poèmes présentés ci-dessous sont traduits avec la gracieuse permission de l’auteur et proviennent de plusieurs recueils : Indian Summer, Który las [Quelle forêt], Ogrodem i ogrodzeniem [Le jardin et la clôture], et surtout Łodzią jest i jest przystanią [Une barque et une station]. Ils représentent trente ans de la période créatrice d’Anna Frajlich, depuis ses débuts aux Etats-Unis, jusqu’à aujourd’hui.

 

En français, un volume est disponible aux Editions Editinter :

 

Le Vent, à nouveau me cherche (2012)

 

Site web d’Anna Frajlich : http://www.annafrajlich.com/

 

Bio-bibliografia i wprowadzenie przez Alice-Catherine Carls

Anna Frajlich urodziła się w 1942 roku w Kattatałdyk w sowieckiej Kirgizji. Od 1970 roku mieszka w Nowym Jorku. Anna Frajlich jest poetką, krytykiem literackim i prelegentką; wykłada też języki i literaturę słowiańską na Uniwersytecie Columbia (Nowy Jork). Opublikowała dwanaście zbiorów wierszy, między innymi Aby wiatr namalować (1976), Tylko ziemia (1979), Indian Summer [Babie lato] (1982), Który las (1986), Between Dawn and the Wind [Pomiędzy świtem a wiatrem] (1991), Ogrodem i ogrodzeniem (1993), Jeszcze w drodze (1994), W słońcu listopada (2000), Znów szuka mnie wiatr (2001), i Łodzią jest i jest przystanią (2013). Jej utwory zostały przetłumaczone na angielski, rosyjski, francuski, rumuński, ukraiński i niemiecki. Jej wiersze, których publikacja przez długi czas była zabroniona w Polsce, ukazały się w licznych czasopismach i międzynarodowych antologiach. Od 2008 roku Anna Frajlich jest honorowym Ambasadorem Szczecina. Otrzymała ona liczne wyróżnienia i nagrody literackie, między innymi Nagrodę Fundacji im. Kościelskich w 1981 roku i Nagrodę Fundacji Turzańskich w 2003. Od 2002 roku jest Kawalerem Orderu Zasługi.

Związek Anny Frajlich z przestrzenią, geografią, i podróżą stanowi centralny aspekt jej twórczości. Jej rodzice pochodzili z Galicji; urodzona w Kirgistanie w 1942 roku, przeżyła wczesne dzieciństwo w całkowitym ubóstwie, jak donosi rosyjska historyczka Olga Medvedeva-Nathoo, która odnalazła sowieckie dokumenty dotyczące rodziny Frajlich. Jej przeżycie graniczyło z cudem. Później Anna Frajlich wychowywała się w Szczecinie, gdzie rząd polski przesiedlił Polaków z kresów w 1945 roku. Po ukończeniu studiów polonistyki w Warszawie, wraz z mężem i nowo narodzonym synem musiała opuścić Polskę podczas kampanii antysemickiej 1968-69 roku. Od tego czasu jej poezja kontynuuje tematykę przesiedlenia i powrotu. Te podróże prawdziwe i metaforyczne, podróże wirtualne i w pamięci, są wielowymiarowe i tworzą sieci, wokół których przeplatają się jej życie i jej poezja.  Podróż to przede wszystkim zaostrzona świadomość tu i teraz, oraz jej paradoksu obecności / nieobecności. Znaczenie momentu przeżytego relatywizuje się przez udział przeszłości. I tak mijają się w Torbole list Goethego z 12-go września 1786 roku, werset Wirgiliusza opisujący jezioro, i wiersz napisany przez Annę Frajlich 2-go maja 2003 roku. I tak, podczas wizyty w sali dziecięcej Yad Vashem, przywołuje ona wspomnienia kuzynów, którzy zginęli w Holokauście. Zaginieni posiadają dotkliwą „lekkość niebytu”; istnieją w głosie, w cieniu, w echu. Ten ślad znaku wodnego komunikuje swą dyskretną obecność, swą ciążącą lekkość w chwili obecnej, i nadaje kolektywny wymiar indywidualnemu doświadczeniu.  Takie podejście pozwala Annie Frajlich nie tylko wypełnić jej obowiązek pamięci, ale też odtworzyć społeczność zdziesiątkowaną przez Holokaust. Społeczność miejsca, krwi, i kultur; społeczność otwartą na wspólnotę ze wszystkimi grupami etnicznymi, wszystkimi religiami, i wszystkimi epokami. I tak Anna Frajlich jest przede wszystkim interpretatorem, w najszerszym i najbardziej metafizycznym sensie tego słowa. Echo nieobecności, jej intymna poezja przemienia to, co efemeryczne w chwytające za serce, i angażuje czytelnika by nie zaniedbał żadnego słowa, rytmu, rymu, czy tonu, tej poezji tak delikatnej i tak lekkiej. W ten sposób krótki epigram „Nie mam czasu” nakłania nas do refleksji: „ Nie mają dokąd/ pójść niedźwiedzie/  zabrakło lasu, boru, barci / sępy nad śmietnikami krążą / do nich skradają się niedźwiedzie / … /i ja zajęta swym śmietnikiem / też nie mam czasu / szukać lasu.”

Zapuszczanie korzeni jest konieczne, egzystencjalne. Jest ono świadkiem życia, które odbiera z powrotem swoje prawa. Zapuszczanie korzeni w miastach, przede wszystkim w Nowym Jorku, pozwala zbudować nową tożsamość, ale nie wymazuje ono ani nostalgii za utraconymi miejscami, ani ich pamięci; staje się ono wieloskładnikową lojalnością. Miasta i miejsca nie są ograniczone do architektury kamieni, lecz rozciągają się do architektury ludzkiej: wspólnych momentów, winietek, migawek scen z życia codziennego, zapachów, smaków i kolorów, przeplatanych z wizjami przeszłości, obraz żywy, połyskujący, pozwalający Annie Frajlich odnaleźć się pomimo wygnania, zbudować porządek nowego życia, w którym mijają się humor i cierpienie, piękno i okrucieństwo, z odrobiną surrealizmu. I tak Nowy Jork, miasto zakotwiczenia, miasto ukochane, mistyczne, ukrzyżowane jak jego mosty, miasto cierpiące i zdrowiejące, staje się miastem odejścia i powrotu, „łodzią i przystanią”, która dryfuje na łasce uczuć i pamięci. I tak Kalifornia znika z map po śmierci przyjaciela, który tam mieszkał.  Także miejsca stają się fantastycznymi lokalizacjami, sieciami, które łączą dwa kontynenty, i wokół których rysują się dwie epoki życia Anny Frajlich. Na tych sieciach figurują miejsca i nie-miejsca wygnania, raj utracony, pierwotna Arkadia, i etapy nieustawicznego poszukiwania między starym a nowym.

Poniżej przedstawione wiersze zostały przetłumaczone za uprzejmą zgodą autorki i pochodzą z kilku zbiorów: Indian Summer, Który las, Ogrodem i ogrodzeniem, i przede wszystkim Łodzią jest i jest przystanią. Reprezentują one trzydzieści lat z okresu twórczości Anny Frajlich, od jej początków w Stanach Zjednoczonych do dnia dzisiejszego.

Zbiór w języku francuskim dostępny jest w Editions Editinter:

Le vent, à nouveau me cherche  [Znów szuka mnie wiatr] (2012)

Strona internetowa Anny Frajlich: http://www.annafrajlich.com/

Przekłan wstępu na język polski Joanna Caytas

Poèmes

traduction en français : Alice-Catherine Carls

Les myosotis
(saga)

Tout est resté à Lviv
ville de ma mère et de mon père
tous les vivants sont morts
mais le cimetière
a cessé d’être un cimetière
tout est resté
à Lviv
sur un cintre l’habit presque neuf
la table et le lit
et peut-être une chaise
au mur une photo dans un cadre
sur ce cadre des myosotis
gravés au canif par mon père
pour ne pas oublier
pour ne pas oublier
pour ne pas oublier
Lviv
même en Amérique.

 

Niezapominajki
(saga)

I zostało wszystko we Lwowie
mieście mojej matki i ojca
wszyscy żywi stali sie umarłymi
ale cmentarz
przestał być cmentarzem
i zostało wszystko
we Lwowie
na wieszaku prawie nowe ubranie
stół i łóżko
może jakieś krzesła
fotografia w ramce na ścianie
na tej ramce niezapominajki
wyciął ojciec mój scyzorykiem
żeby nie zapomnieć
żeby nie zapomnieć
żeby nie zapomnieć
Lwowa
nawet w Ameryce.

(Indian summer, Sigma Press, Albany, N.Y., 1982)

 

La ville

Aiguë, la lumière vespérale
me frappe les paupières
elle était autre, la vue des fenêtres
de mon enfance
d'un côté les jardins
déployés à perte de vue
de l'autre l'enfilade de la rue
plantée de tilleuls touffus
leurs cîmes en baldaquin
la lumière quelque part au bout
du tunnel, ronde
et prometteuse
ce n'était pas notre ville
prise à d'autres
enfuis dans l'épouvante
de la guerre, laissant leurs biens
enterrés au jardin
ou sous les décombres
ou encore sur la table
dans des verres de cristal
dont le vin rouge
avait giclé
sur les murs
ce n'était pas notre ville
mais elle fleurissait pour nous
lilas et pommiers
dans mille jardins
violettes et muguets
à l'ombre des haies vives
la ville fleurissait au bord de la rivière
gonflée à ras bord
en ville on entendait
des langues variées
boutures transplantées
d'est en ouest
un gars de Vilno fumait
un de Lvov faisait le
baise-main, un autre à mi-voix
continuait à parler allemand
le yiddish des survivants
chantait dans les rues
et déjà sur les rives
le jargon portuaire
poussait comme l'herbe
entre les pierres
c'est cette image-là
qui me reste en mémoire
tantôt sombre puis
débordante de touffeurs estivales
enfumée au printemps et en automne
par les feux de bois
ville de mon enfance prise à autrui
pour que l’enfant d’autrui
grandisse ailleurs.

Miasto

Ostre zachodnie światło
uderza w powieki
inny był widok z okien
mojego dzieciństwa
z jednej strony ogrody
rozpięte daleko
z drugiej – wylot ulicy
lipą obsadzonej tak gęsto
że korony baldachim tworzyły
światło jak w tunelu
gdzieś na końcu okrągłe
i obiecujące
miasto nie było nasze
tylko odebrane innym
co stąd uciekli w wojennym
popłochu i wszystko zostawili
albo zakopane w ogrodach
lub gruzem przysypane
albo wprost na stole
kryształowe kieliszki
w nich czerwone wino
niedopite plamami przyschnięte
do ścianki
miasto nie było nasze
ale kwitło dla nas
bzami i jabłoniami
w tysiącznych ogrodach
fiołkami  konwalią
w cieniu żywopłotów
kwitło miasto nad rzeką
rozlaną u granic
i słyszało się w mieście
tym różne języki
– jak krzewy – przesadzone
na zachód ze wschodu
ktoś z wileńska zaciągał
ktoś z lwowska całował
rączki –  ktoś półgłosem
wciąż mówił po niemiecku
i jidysz niedobitków
rozbrzmiewał w ulicach
a nad brzegami rzeki
już portowa gwara
wyrastała jak trawa
spomiędzy kamieni
i taki obraz właśnie
trwa w moim wspomnieniu
chwilami mroczny to znów
pełen letnich skwarów
wiosną jesienią w dymach
palonych gałęzi
miasto mego dzieciństwa komuś odebrane
aby czyjeś dzieciństwo
mijało gdzie indziej.

(Który las, OPiM, London, 1986)

L’Alhambra

Le Maure sauvage s’aventura jusqu’ici
et trouva de l’eau dans ces montagnes
sous ses pas au lieu de sable
une féconde poussière rouge
l’eau apprivoisa le Maure
mais alangui par sa beauté
il lui érigea  des autels
car elle était
la plus belle des épouses.

Alhambra

Maur przywędrował tutaj dziki
I znalazł na tych wzgórzach wodę
a zamiast piachu pod stopami
czerwony życiodajny pył
i woda Maura oswoiła
a piękność go rozleniwiła
i zaczął wodzie stawiać chramy
bo była
najpiękniejszą z żon.

 

(Który las, OPiM, London, 1986)

 

x   x   x

Ô ma ville je contemple tes lumières
courbes hiéroglyphiques dorées
sur le vaste canevas de la nuit
et je respire ton secret
ton air lourd d’avant l'orage

les lampions blancs sont déjà allumés
par milliers aux branches des arbres
les lumières tremblotent sous la pluie
leur reflet brille sur la chaussée

plus bas dans les entrailles de l'asphalte
les sans-abris s'endorment sur les bancs
des souterrains de la métropole
la lumière y perd son éclat et une ampoule
lasse clignote à travers le sinueux lit
souterrain de cette étrange rivière
remplie à ras-bord par un flot humain
continu et quarante tonnes d'acier
qui passent l'une après l'autre

bâtie sur le roc embrassée par les rivières
tu offres un logis à tes sans-abris
endormis dans les tours sous les nuages
et sur les trottoirs couverts de journaux
enveloppés
dans le vent nocturne de décembre
éclairés par les étoiles et les bougies de Noël
d'autres viennent ici attirés
par la force de tes vents de tes pierres
par l'éclat de tes milliards de fenêtres
à peine dans tes portes
négligents
ils bâtissent sur le granite
de nouvelles Amsterdam
de sable.

* * *

O miasto, w światła twoje patrzę
jak w złote skręty hieroglifów
na nocnej rozpostarte płachcie
i tajemnicą twą oddycham
powietrzem ciężkim jak przed burzą

już zapalono białe lampki
tysiące lampek na gałęziach
i drżą światełka w kroplach deszczu
latarnie lśnią odbite w jezdniach

a niżej w brzuchu pod pokładem
bezdomni  się na ławkach kładą
do snu w podziemiach metropolii
gdzie światło traci blask i mętna
żarówka mruga wśród pokrętnych
podziemnych łożysk dziwnej rzeki
którą wypełnia wciąż po brzegi
tłum i czterdzieści ton żelaza
przemykające raz za razem

miasto na skale w rzek ramionach
ty jesteś swych bezdomnych domem
gdy śpią w wieżowcach pod chmurami
i na chodnikach gazetami okryci
w noc grudniowym wiatrem
owiani
pod gwiazd i świec świątecznych światłem

a inni ciągną tu zwabieni
mocą twych wiatrów i kamieni
miliarda okien twoich blaskiem
i ledwie wejdą w twoje bramy
niebaczni
nowe amsterdamy
stawiają na granicie
z piasku.

(Ogrodem i ogrodzeniem, Czytelnik, Warszawa, 1993)

La visibilité à Vancouver

Les nuages cachent les montagnes
puis ils les découvrent en se levant
sur les montagnes : des taches blanches
dans les nuages : les sommets
les voilà qui se séparent
les montagnes restent sur la terre
les nuages montent au ciel.

janvier 1991

Widoczność w Vancouver

Zza chmur nie widać gór
aż podniosły się chmury i odsłoniły góry
na górach białe plamy chmur
w chmurach wierzchołki gór
ale już rozdzielają się
na ziemi zostają góry
Niebo odpływają chmury.

styczeń 1991

(Ogrodem i ogrodzeniem, Czytelnik, Warszawa, 1993)

 

La salle des enfants au mémorial
     de Yad Vashem à Jérusalem

 

Voici la tombe de mes cousins
ici dans cette terre inconnue
repose leur mémoire anonyme
ici ils trouvèrent une tombe
où qu’ils aient péri
à Lviv à Cracovie
là où naquirent les pères
de leurs pères
là où leur étonnement
se dissipa en fumée
s’infiltra sous terre
là où les pluies de l’oubli
effacèrent leur trace enfantine
ils sont revenus ici
par l’écho de leurs noms

juin 1991

.................................................................................................................................................................................

 

Les poèmes ci-dessous proviennent du volume (Łodzią jest i jest przystanią, Forma, Szczecin, 2013)

Allons-y

Le canyon de Broadway sud
canyon amical
dragon qui dort encore
pour un moment
allons-y
ainsi traverse-t-on
la vie
qu’elle soit finie
est notre seul étonnement.

25 juillet 2001

Przejdziemy tędy

Kanion dolnego Broadwayu
ten przyjazny kanion
smok śpi i nie obudzi się
jeszcze przez chwilę
przejdziemy tędy
tak jak się przechodzi
przez życie
że minęło
tylko się zdziwimy.

25 lipca 2001

La douleur

Les flèches de ses tours
de ses ponts crucifiés
percent le brouillard gris
New York ville mystique
assujettie à cette douleur pour quelques sacs de haricots

c’est ainsi que la gloire     
fait souffrir

 

Tak boli

W niebo strzela wieżami
za szarą mgłą
ukrzyżowany mostami
mistyczny Nowy Jork
za kilka worków fasoli wydany na ten ból

wielkość
tak boli

 

New York

Cette ville est à moi
et je suis à elle
dans l’air cristallin
nous voguons le long de ses rives
est-elle belle? Peu importe
l’important est qu’elle soit une barque
et une station.

29 juillet 2001

 

Nowy Jork

To miasto jest moje
i ja jestem jego
w kryształowym powietrzu
płyniemy wzdłuż brzegów
czy jest piękne? – to mało istotne pytanie
ważne że łodzią jest
i jest przystanią.

29 lipca 2001

Les très hautes tours

Cette nuit le vent du sud
apporte une odeur de brûlé
ce n’est pas Godzilla
qui se penche sur les gratte-ciels
ce n’est pas King Kong
sur l’écran de télévision
ni fiction ni film
là où s’élevaient les tours de béton et de lumière
– la poussière
désormais des tours plus hautes se dressent
elles ne sont pas en verre
ces douloureuses tours cette colonne de feu
cette amère brume

15 septembre 2001

 

Wyższe wieże

Tej nocy wiatr z południa
przywiewa swąd
to nie Godzilla
zza wieżowców się wychyla
to nie King Kong
na szkle ekranu
to nie fikcja ani film
tam gdzie z betonu i ze światła stały wieże
- dym
a teraz wyższe stoją wieże
nie ze szkła
bolesne wieże słup ognisty
gorzka mgła

15 września 2001

 

Cette ville

Ailes amputées
encore béquillante
elle fait ses premiers pas
dans les rues

elle lave ses blessures
dans les eaux de ses vastes rivières

le vide ne sera plus comblé
l’espace d’après
cloue les yeux
attire à lui le regard
– il est –
et déjà déjà
il se dresse à plomb
sur le moignon de l’imagination

9 février 2002

To miasto

Po amputacji skrzydeł
jeszcze o kulach
stawia niepewne kroki
wzdłuż ulic
w wodach szerokich rzek
obmywa rany
już nie wype ni się brak
miejsce po
przykuwa oczy
ciągnie za sobą wzrok
– jest –
i już już
wzniesie się wzwyż
na pionowym
kikucie wyobraźni.

9 lutego 2002

Sans réponse

Déjà la Californie
disparaît de la carte
il y a de plus en plus de blancs
mais quand tombe la nuit précoce
je téléphone
personne ne répond là-bas
les colibris et les cormorans dorment
dans les ténèbres infinies
tapies dans
le silence des palmiers.

août 2002

Bez odpowiedzi

Już znika z mapy
Kalifornia
i coraz więcej białych plam
ale gdy wczesna noc zapada
dzwonię
tam nikt nie odpowiada
kolibry śpią i kormorany
w mroku
co milczy nieprzebrany
w ramionach palm.

sierpień 2002

 

En rêvant à Lviv

Maman rêve à la rue Sixte
qui se souvient du 14, rue Sixte
d’après la grande guerre
et d’avant le déluge
qui se souvient
qu’y habitait un menuisier
un veuf pauvre
avec ses six enfants
qui se souvient
du coup de feu perdu
qui fit sauter la casquette de David
Arcadie d’échoppe exigüe
faim et coups
pas de lit à soi
de l’autre côté de l’océan
sur l’autre rive de l’existence
maman rêve à la rue Sixte

Sen o Lwowie

Mamie mojej śni się Sykstuska
kto pamięta Sykstuską 14
już po wielkiej wojnie
przed potopem
kto pamięta
że tam mieszkał stolarz
biedny wdowiec
z szóstką swoich dzieci
kto pamięta
jak zbłąkany pocisk
Dawidowi czapkę strącił z głowy
ta Arkadia w ciasnej oficynie
głód i bicie
brak własnego łóżka
po przeciwnej stronie oceanu
na przeciwnym brzegu egzystencji
mamie mojej śni się Sykstuska.

1 września 2003

 

A l’arrêt de bus

Journée
de novembre
l’humidité se lève
mais ne retombe pas
nous attendons à l’arrêt
un grand jeune homme,
deux femmes
dont une dans un fauteuil roulant
et moi
le vent du sud vient de l’East River et de l’océan
l’autobus n’arrive pas
les gens sont de plus en plus nombreux à l’arrêt
la femme ingambe donne à sa compagne
un bonbon du chewing gum
ou peut-être une pastille
l’autre la met en bouche d’un geste lourd
je pense au corps
quand il cesse de servir
il exige toujours qu’on le serve
il exige encore
que la saveur du bonbon
fonde sur sa langue

je pense au corps

quatre autobus arrivent.

novembre 2006

 

Na przystanku

Co za dzień
listopadowy
w powietrzu unosi się wilgoć
ale nie opada
czekamy na przystanku
wysoki młody mężczyzna
dwie kobiety
jedna w wózku inwalidzkim
i ja
wiatr południowy od Wschodniej Rzeki i oceanu
autobus nie nadchodzi
coraz więcej osób na przystanku
zdrowa kobieta podaje swej towarzyszce
cukierek a może lukrowaną gumę
a może jakiś lek
tamta ociężałym ruchem wkłada to do ust
myślę o ciele
kiedy przestaje służyć
wciąż domaga się aby służyć jemu
wciąż domaga się
żeby słodycz cukierka
rozlała się po języku

myślę o ciele

przyjeżdżają cztery autobusy.

listopad 2006 r.

 

À Lublin

        À Bogusław Wróblewski

Les murs se sont de nouveau couverts
de lierre
de nouveau l’oubli a recouvert la mémoire
le rideau s’envole de la fenêtre
vers où – qui sait
et sur les marches de pierre
des traces
usées ineffaçables
continuent à mener
vers les profondeurs.

Lublin, le 12 juin 2008

 

W Lublinie

        Bogusławowi Wróblewskiemu

Mury znów porosły dzikim
winem
pamięć znów porosła niepamięcią
firanka wybiega z okna
nie wiadomo dokąd
a na kamiennych schodach
wytarte niezatarte
ślady
wciąż jeszcze prowadzą
wgłąb.

Lublin 12 czerwca 2008

 

Les pommes de terre

 

On ne sait comment ni d’où
le vent apporte une odeur
aigre de pommes de terre pourries
c’est octobre il est vrai
mais ici on est loin
des champs de pommes de terre
il en reste sûrement quelques-uns
sur Long Island – la Longue Ile
jadis couverte de pommes de terre
peut-être était-ce l’odeur
de la Grande Dépression
dont on parle sans arrêt
peut-être était-ce l’odeur de la terre
avant qu’on ne découvrit
que cette petite tubéreuse brune
se cuisait et se mangeait
et qu’elle pouvait nourrir
les troupeaux et les nations

peut-être était-ce l’odeur de l’Amérique
avant qu’elle ne fut découverte.

17 octobre 2008

Kartofle

Nie wiadomo dlaczego i skąd
wiatr przynosi kwaskowatą
woń zgniłych kartofli
jest październik to prawda
ale daleko stąd do
kartoflanych pól
pewnie jeszcze zostały jakieś
na Long Island – Długiej Wyspie
która była kiedyś jednym
wielkim kartofliskiem
a może tak właśnie pachniała
Wielka Depresja
o której mówi się nieustannie
może tak pachniał ten ląd
zanim odkryto
że ta mała brunatna bulwa
daje się upiec i zjeść
że można nią nakarmić
trzody i narody

może właśnie tak pachniała Ameryka
przed odkryciem.

17 października 2008

 

La faim de l’homme

 

A l’arrêt, contre le mur
un homme pleure
il a faim

il mangerait une boulette de pommes de terre

froid est le printemps
nerveusement
nous cherchons notre porte-monnaie
j’ai une pomme dans mon sac

l’autobus arrive
nous nous y jetons comme dans l’avenir
par la fenêtre je le vois mordre
dans la peau sombre de la pomme
il ne pleure plus

l’autobus tourne au croisement
l’homme disparaît de notre vue
sa faim fait route avec nous.

Avril 2009

 

Jego głód

Na przystanku pod murem
płacze człowiek
bo głodny
zjadłby klops z kartoflami

zimna wiosna
nerwowo
portmonetek szukamy
jeszcze jabłko mam w torbie
już nadjeżdża autobus
jak do czasu przyszłego wskakujemy do niego
z okna widzę jak jabłka
ciemną skórkę nadgryza
już nie płacze

autobus skręca na skrzyżowaniu
człowiek znika nam z oczu
jego głód jedzie z nami.

kwiecień 2009 r.

En route

Les nuages se découpent
en gris-violet
sur le ciel qui s’assombrit
nous avons déjà dépassé
New York, le Connecticut,
dans le crépuscule nous coupons le Massachussetts
les frondaisons virent au noir
devant nous sur l’autoroute
le rouge des feux arrière

Vermont -- la montagne verte
sombre déjà sûrement dans l’obscurité

peu à peu les routes se vident
l’un après l’autre quelqu’un sort vers
un village situé en bord d’autoroute
se gare entre dans sa maison
se prépare un cocktail ou
se fait une tasse de thé
allume la télé et est
chez soi

à travers colline nuages
et cimes brille une
seule et unique étoile
–  du Nord
et nous continuons
vers le nord
dans la nuit.

28 mai 2010

 

Jedziemy

Chmury odbijają się
szarosinym odcieniem
od dogasającego nieba
przejechaliśmy już
Nowy Jork, Connecticut,
przecinamy w mroku Massachussetts
zieleń drzew przechodzi w czerń
przed nami na autostradzie
czerwone ogniki świateł

Vermont – zielona góra
tonie już pewnie w ciemności

powoli pustoszeją drogi
coraz ktoś skręca
do leżących wzdłuż szosy miasteczek
parkuje samochód wchodzi
sporządza koktail albo
zaparza herbatę
włącza telewizor i już jest
w domu

przez wzgórza przez chmury
przez korony drzew prześwieca jedna
jedyna gwiazda
- Północy
a my jeszcze dalej
na północ
w noc.

28 maja 2010 r.

 

x x x

 

Après, la peau s’amincit
comme du papier du parchemin
déchiré
impossible de le recoller
impossible de la recoudre
c’est ce qui arriva à la peau
de ma mère
lorsque, exaspérée par la vie
elle se blessa à la jambe en s’enfuyant
d’elle-même
et pourtant toute sa vie elle avait cousu
à l’aiguille soie laine
coton et même
des morceaux de peaux de toutes les couleurs
de son stylo elle avait cousu
Lviv la Kirghizie et Szczecin
par le souvenir elle tentait de recoudre
les deux bords de sa vie
mais eux
comme deux bords de mer
ne se laissent pas coudre

les rives s’écartent
les surjets se déchirent
l’aiguille se casse
et le stylo
puis la mémoire s’amincit
de plus en plus
comme du papier
comme du parchemin déchiré.

29 octobre 2011

***

A potem skóra staje się coraz cieńsza
jak papier jak zleżały
pergamin
i już nie może się zrosnąć
i nie można jej zszyć
tak stało się ze skórą
mojej matki
kiedy mając już dość tego wszystkiego
zraniła nogę uciekając
przed samą sobą
a przecież szyła całe życie
igłą zszywała jedwab wełnę
płótno i nawet
farbowane kawałki skóry
piórem zszywała
Lwów Kirgizję i Szczecin
pamięcią starała się zszyć
dwa brzegi życia
ale te
jak dwa brzegi oceanu
zszyć się nie dają

rozbiegają się brzegi
rozrywają się ściegi
łamie się igła
i pióro
a pamięć staje się
coraz cieńsza
jak papier
jak zleżały pergamin.

29 października 2011